Rozdział siódmy, czyli Emil powoli wybudza się z zimowego snu
wtorek, 12 lipica 2011 11:47:43

Szkoła potrafiła zatruć życie. I to w taki sposób, że... Ach, plotki, ploteczki!
Emil uśmiechnął się krzywo, po czym przeczesał niestrzyżone od paru miesięcy włosy. Widział te spojrzenia – jedne niepewne, drugie śmiałe, przepełnione jadem. Wcześniej nie zwracał na nie uwagi, teraz czuł się przytłoczony ich niewidzialnym ciężarem. Jak kiedyś stał na korytarzu otoczony grupą znajomych, tak ostatnio grono kolegów drastycznie zmalało. Najczęściej siedział w towarzystwie Zachariasza albo Doroty, ale co stało się z resztą? Klasa udawała, że Emil Kochanowski nie istniał; pojedyncze osoby ze szkoły myślały podobnie: Piotrek, Brzoza, Anka, Janek, co z nimi?
Emil robił dobrą minę do złej gry, nie miał zamiaru przejmować się podobną rzeczą. Nawet nie pamiętał, kiedy przywykł do nieobecności dawnych znajomych, tego, jak hałaśliwa komórka przestała upominać się o odczytanie wiadomości.
Dzwonek. Wstał, otrzepał spodnie, zarzucił plecak na ramię. Nie lubił polskiego we wtorki, nauczycielka w ten dzień nigdy nie miała humoru i niekiedy wyżywała się na uczniach, na klasie Emila w szczególności.
— Cześć, s-stary. — Zachariasz oparł się rękoma o kolana, by złapać oddech. — Idę, sobie i-idę, wychodząc z z-założenia, że na wszystko mam czas — wystękał — kiedy przypomniałem sobie, że mamy wtorek i do tego polski... Jak ruszyłem! Stary, nie uwierzysz! Trzy minuty i jestem!
Chłopak wyprostował się i zaśmiał, ale na widok wyłaniającej się zza zakrętu nauczycielki, natychmiast umilkł. Kobieta o wyglądzie kochanej, do rany przyłóż, pulchnej babci i oczach, z których sypały się iskry bez słowa otworzyła drzwi do klasy. Wpuściła gromadę do środka, gdzie zaatakował ich chłód. Nauczycielka niewzruszona uczniowskim dygotaniem i szczękaniem zębami rzuciła równie lodowate jak kaloryfery: „Dzień dobry!”, po czym zapisała temat na tablicy. Klasa cicho odpowiedziała i każdy zaczął udawać, że szuka w torbie podręcznika.
— Ha, mam! — szepnął ze świecącymi oczami Zachariasz i rzucił książkę na blat. — Emilku, nie zgarniemy szmat!
Na trzydziestoosobową klasę pięć podręczników było cudem, zazwyczaj nie mieli ich wcale. Ludzie nie mający książek, momentalnie dostawali jedynki, które nauczycielka wpisywała z sadystycznym uśmiechem.
Wtorki były potworne.
— Zachariasz, ćpałeś? Dziwnie się zachowujesz — wyszeptał Emil, patrząc to na polonistkę, to na przyjaciela.
— Wyjątkowo nie, to chyba przez to, że zima się kończy — odparł smutno, przepisując temat do zeszytu.
No tak, Zachariasz kochał zimę.
— W ogóle! Jebniesz, jak ci o czymś opowiem!
Emil podniósł w zaciekawieniu brwi.
— Ale to na przerwie, potwór nadchodzi — powiedział Zachariasz, po czym obydwaj chwycili za długopisy i zaczęli udawać, że piszą coś w zeszytach.

24 grudnia 2007
Sześć nakryć, biały obrus, półmiski pełne pysznych potraw. Pięcioro uśmiechniętych ludzi, którzy w myślach układali treść bożonarodzeniowych życzeń. Dziadzio Tadzio, wielokrotny uczestnik wypadków samochodowych, wyjątkowo nie zapomniał o sztucznej szczęce. Babcia Izia, jak zwykle, wzruszona atmosferą cicho pociągała nosem i delikatnie wycierała oczy haftowaną chusteczką. Ciotka Zofia ubrana w kobiecy garnitur koloru ciemnej zieleni miała zmarszczone czoło, nie cierpiała dzielić się opłatkiem i obściskiwać z czczą gadaniną na ustach. Aleksander, mimo swoich czterdziestu trzech lat, nie mógł doczekać się prezentów, dlatego chciał, aby „ceremonia” składania życzeń i wspólny posiłek skończyły się jak najprędzej. Emil czuł okropną obojętność, która mieszała się ze świątecznym spięciem. To, co wzbudzało w nim największe emocje, czyli w tym przypadku złość i irytację, był dodatkowy talerz. Dla kogo? Dla jego matki? Dla nieżyjącej Marysi? Ach, przecież żadna z nich nie przyjdzie. Domu nie wypełni dźwięk dzwonka, nikt z zebranych nie usłyszy w korytarzu głośnego tupania i słów zabarwionych śmiechem: „Ale mróz!”. A byłoby to najlepszym prezentem.
Doskonale pamiętał, jak z ogromną niecierpliwością czekał na każdy, świąteczny telefon od matki. W pewnym momencie przestała dzwonić, a jedynym śladem, jaki po sobie pozostawiała w życiu Emila, były spore pieniądze na koncie, by zapewnić mu znośną przyszłość.
W tym roku nie czuł się dotknięty brakiem telefonu. Wydawało mu się, że Natalia zadałaby mu więcej bólu słowami: „Przepraszam, kochany, że tak długo się nie odzywałam, ale...”, niż zwykłą, nieprzerwaną ciszą, której doświadczał już od paru lat.

Stali obok siebie. Emil przestępował z nogi na nogę, od czasu do czasu podskakując. Zachariasz niewzruszony, obojętny na niską temperaturę, w duszy użalał się nad sobą i brakiem puszystego, białego śniegu.
— O czym chciałeś gadać? — spytał Emil, trzymając w zaróżowionej dłoni papierosa.
— A, jak sobie o tym pomyślę, to aż mnie skręca ze śmiechu — odparł, nieco się krzywiąc przy zaciąganiu.
— No? — Emil zachęcił kumpla do mówienia.
— Chodzi o Ulkę.
Emil pokiwał w zrozumieniu głową, chociaż nie miał pojęcia, dlaczego Zachariasz mówi o tym dopiero teraz.
— Nie kiwaj łbem, tylko powiedz mi: ona udaje głupią czy naprawdę taka jest? Znasz ją lepiej, lubiłem ją, ale nie jakoś specjalnie. Otóż, nie wiem skąd to wytrzasnęła, ale wyznała mi miłość — Zachariasz zaśmiał się — i wydawała się być bardzo zdziwiona, kiedy powiedziałem jej, że nigdy nie myślałem o niej jak o lasce, dupie, dziewczynie.
Emil spuścił głowę.
— Może jestem mało subtelny — mówił nadal się uśmiechając — ale z tego, co pamiętam, to ty miałeś wobec niej jakieś plany... To znaczy, trochę źle się za nie zabrałeś, bo od końca i w chwili, kiedy byłeś ostro narąbany, ale...
— Zamknij się — warknął Emil, rzucając peta na ziemię. — Dorota mi powiedziała, co Ulka wygaduje na ten temat. Dlaczego mówisz o tym dopiero teraz? Myślałem, że słowem o tym nie wspomnisz.
Zachariasz miał zakłopotany wyraz twarzy. Tak jak wszystko próbował przedstawić Emilowi z uśmiechem, tak teraz zwątpił w sens mówienia czegokolwiek. Nie wiedział nawet czy jest mu przykro.
— Chciałem zachować to dla siebie, nie miej do mnie o to pretensji — powiedział szczerze Zachariasz. — Ale w końcu stwierdziłam, że lepiej będzie, jak usłyszysz to ode mnie, a nie, jak się właśnie stało, od kogoś innego. Spóźniłem się.
— W porządku — skłamał Emil, zbierając się do powrotu. — Już po dzwonku, chodźmy.
Szli ramię w ramię, obaj pogrążeni we własnych myślach. Zachariasz przeklinał pogodę i brak śniegu, a Emil zastanawiał się nad zaistniałą sytuacją. Po co to było? Dlaczego w pewnym momencie, po tym jak zadzwoniła do niego Ulka, odzyskał nadzieję, uwierzył, że wszystko wróci do normy? Nie zapomni chwil, kiedy wyrzucał sobie, że za słabo się stara.
Koniec z tym. Koniec z użalaniem się nad sobą, koniec ze snuciem i rozpamiętywaniem – czas zbudzić się z zimowego snu i nakurwić.


Komentarze (1) / Dodaj